Dzięki, że znowu do nas wpadłeś.
Pewnie zdziwisz się co to za angielski potworek w tytule postu.
Obiecuję, że razem z Kasią będziemy unikać neologizmów i makaronizmów,
ale dzisiaj muszę zrobić wyjątek. Chcę się z tobą podzielić moimi
przemyśleniami na temat zarządzania czasem, a konkretnie tzw. idle time.
Z
tym terminem po raz pierwszy spotkałem się parę lat temu w sieci, ale
nie starałem się rozszyfrować znaczenia tego terminu. W październiku
miałem jednak okazję uczestniczyć w wykładzie "Managerial skills" gdzie
poruszono tę kwestię. Może na początek głos oddam fachowcom, czyli
krótka definicja ze słownika biznesowego.
Idle time - Non-productive time (during which an employee is still paid) of employees or machines, or both, due to work stoppage from any cause. Also called waiting time, allowed time, or downtime
Wracając
do języka ojczystego - przedmiot moich wywodów w języku technicznym to
nic innego jak czas przestoju (maszyny bądź człowieka), za który
właściciel ponosi koszty. To surowe tłumaczenie nie oddaje jednak w
rzeczywistości znaczenia tego terminu i nie wskazuje na szansę, które
niesie odpowiednie zagospodarowanie okresu przymusowego
"nic-nie-robienia".
![]() |
| http://akrobata.deviantart.com | This work is licensed under a Creative Commons Attribution-Noncommercial-No Derivative Works 3.0 License. |
Masz gdzieś pod
ręką swój kalendarz? Otwórz na dowolnej stronie i przeanalizuj razem ze
mną jeden dzień ze swojego życia. Ja swój terminarz otworzyłem na chybił
trafił. Padło na przedświąteczny wtorek. Wyglądał on mniej więcej tak:
7:30 - Pobudka
8:00 - Bieganie
9:30 - Zajęcia na uczelni
13:30 - obiad
15:15 - Zajęcia
18:30 - Spotkanie Koła Naukowego
21:00 -Domowe sprawy naukowe - zaległe i przyszłe ;-)
Na
pierwszy rzut oka - brak czasu na przyjemności w postaci przeczytania
choćby kilku stron książki. A jaki był ostateczny rezultat tamtego dnia?
Połknięcie niemal w całości książki o Steve Jobsie. Gdzie tkwi klucz do rozwiązania zagadki? Pewnie już się domyślasz.
Droga
na uczelnie to dla mnie minimum 25 minut spędzone w autobusie. W
godzinach szczytu nawet 40 minut. Jeżeli spojrzysz dokładnie to zobaczysz, że
tamtego wspaniałego dnia musiałem pojechać z Gdańska do Sopotu 4 razy
(w tę i z powrotem, przed południem i po południu). Daje to 50 minut, a w praktyce około godziny, teoretycznie zmarnowanego czasu na podróż. To nie koniec - poranne 30 minutowe bieganie, a także przygotowanie obiadu i posprzątanie po nim (pół godziny) skutkuje kolejną godziną. Grosz do grosza, minuta do minuty i okazało się, że dysponuję 120 minutami (!) niewykorzystanego czasu. Udało się go jednak uczynić efektywnym. Wystarczyło sięgnąć po książkę i audiobooka.
Zastanów
się nad tym. Czy jogging to nie idealny czas, by podszkolić języki obce
puszczając zamiast energetycznej muzyki szybki kurs hiszpańskiego?
Przygotowywanie śniadania to z kolei okazja do posłuchania wiadomości
radiowych. Być może dużo jeździsz pociągami. Ja w przedziale PKP zazwyczaj wykonuje zaległe telefony albo przygotowuje plan działania na najbliższy tydzień.
Sposobów
na zapobieganie marnowania czasu jest wiele. Odkrywaj je sam i dziel
się z nami pomysłami! Pamiętaj, że sekundy, minuty, godziny to w
dzisiejszych realiach zasoby droższe niż złoto czy ropa naftowa.
Maciej Biegajewski


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz